Konkurs na polowanie na czarownicę - Opowiadanie Youkaty

Opowiadanie zajęło pierwsze miejsce w konkursie na polowanie na czarownicę.

„Koniec zbliża się gwałtownie. Nie spodziewałam się że ktoś idąc w dół porusza się coraz szybciej. Sądziłam, że całą drogę można pokonać równym krokiem” – John Maxwell Coetzee

Słońce powoli znika za horyzontem, po szaro różowym niebie szybuje chmara czarnych jak noc ptaszysk. Kilka z nich co jakiś czas opada w dół, osiada na zrujnowanych, przypalonych, zawalonych ścianach kamienic. Na ulicy bielą się rozrzucone, oskubane kości.
Okoliczna natura powoli zaczęła odzyskiwać miasteczko, dlatego w wielu miejscach można dostrzec dziko rosnące krzewy, młode drzewka, wykopane przy brukowanej uliczce norki, gniazda uwite pod zapadniętymi dachami. Życie wykwita tuż obok śmierci. Gdzieś za którąś kupą kamieni przemknie młody lis w pogoni za myszą. Czasami na środku jednej z brukowanych uliczek na chwilę przystanie małe wilcze stado. Wszędzie można znaleźć setki przedmiotów codziennego użytku, przysmalonych i ponadpalanych, porzuconych przez ludzi którzy zbiegli nim gwałtowny pożar zdołał ich strawić. Gdzieś słychać jazgot kilku już zupełnie zdziczałych kotów które właśnie się biją.

Stukot butów uderzających w szaleńczym biegu o bruk, świst powietrza w uszach biegnących. Spłoszone kruki gwałtownie rozpościerają skrzydła i przy akompaniamencie krakania, łopocząc wzbijają się w powietrze. Lis szybko czmycha do ruin piwnicy, byle się schować, byle nie zostać dostrzeżonym. Koci jazgot kilka przecznic dalej wzmaga się gwałtownie by w końcu ucichnąć.
Uliczką pędzi młoda dziewczyna, na sobie ma porwaną i poplamioną czarną suknię, nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat. Kilka metrów za nią podąża sześć postaci o twarzach zastygłych niczym kamień, nie wyrażających nic, sześć postaci o pustych wodnisto białych oczach, które przypominają raczej szklane kulki niż część ludzkiego ciała. Kosmyki jej brązowych włosów, które wyplątały się z długiego intensywnie odbijającego się od jej pleców warkocza przyklejają się do spoconej, czerwonej od wysiłku twarzy, wpadają do rozchylonych ust, przez które łapczywie wdycha powietrze. Duże zielone oczy rozszerzone są w strachu, jej wzrok przesuwa się po otoczeniu, panicznie szuka drogi ucieczki. Doskonale wie że jeśli się zatrzyma to będzie jej koniec, biegnie więc, mimo iż jej płuca pulsują palącym, dławiącym bólem na znak protestu. Mimo że jej nogi zdają się poruszać coraz wolniej nie zatrzymuje się, pędzi przed siebie, w jej głowie tylko jedna jedyna desperacka myśl, chcę żyć. Do jej uszu nie dobiega żaden dźwięk poza ogłuszającym dudnieniem, odgłosem krwi pulsującej w jej żyłach. Nagle dostrzegła, skręca, mając cichą nadzieję że uda się jej zgubić pościg, choćby na chwilę, choćby na sekundę, może wtedy miałaby szansę, może wtedy przeżyje ten dzień i kilka następnych.
Gdyby ścigali ją ludzie mogłaby upaść na kolana i wybłagać litość, wybłagać by wysłuchano jej, kto wie może nawet otrzymałaby pomoc, może. Świat jednak jest okrutny, a pędzące za nią marionetki nie są dobrymi kompanami do rozmów, one nie słuchają, wykonują rozkazy, mordują bez litości, palą całe wioski za ukrywanie jednego maga który kiedykolwiek odważył się sięgnąć po choćby odrobinę czarnej magii. Krążą opowieści jakoby dawniej byli ludźmi, ponoć są mrocznymi magami którym inkwizycja wymazała umysły, ale ona w to nie wierzy, nigdy nie wierzyła w bajki.
Wpadła w kolejny ostry zakręt, lecz stukot podkutych ciężkich butów za nią nie cichnie, zupełnie przeciwnie, staje się on coraz głośniejszy. Porzucona na ulicy nadpalona torba, potknięcie się, przetoczenie i dziewczyna uderza w ścianę tak że na kilka sekund aż jej ciemnieje przed oczyma. Z wysiłkiem unosi głowę, podpiera się na posiniaczonych podrapanych rękach, jej wzrok pada na zbliżające się do niej postaci. Przed sobą widzi sześciu wysokich, barczystych mężczyzn, gdyby nie ich twarze mogliby uchodzić za wojów w sile wieku, twarze które bardziej pasują do starców, pomarszczone i paskudnie zdeformowane. Białe, puste gałki oczne kręcące się w dziwaczny sposób, tak że nie sposób stwierdzić gdzie pada ich spojrzenie. Dla magów jednak jest to jasne, ich wzrok pada wszędzie, oni nie widzą lecz czują, całe otoczenie w promieniu dziesięciu metrów. W ich gębach zaś równe rzędy naostrzonych zębisk. Potwory stworzone by mordować czarnych magów, tak inkwizycja nazywa magów którzy parają się demoniczną magią.
Słysząc a właściwie czując jak dziewczyna w końcu upadła, twarze marionetek wykrzywiają się w paskudnych drapieżnych uśmiechach.
Zbliżają się do niej powoli, nie muszą się spieszyć, nie wstanie, nie ma przecież sił, w końcu biegła tak długo. Brązowowłosej z wysiłkiem udaje się usiąść, powoli po jej policzkach zaczynają płynąć łzy, widać że strach zmroził jej krew w żyłach, przez ułamek sekundy widać na jej twarzy coś co można nazwać paniką, jakby jeszcze miała resztkę nadziei, szybko jednak traci tę ostatnią iskierkę i na jej twarz wstępuje wyraz rezygnacji. Po policzkach zielonookiej zaczynają płynąć stróżki gorących łez. Wie że nie ma już drogi ucieczki, wie że za kilka chwil umrze i nic już z tym nie będzie mogła zrobić. Obraz przed nią zaczyna się rozmywać. Sześciu inkwizytorów jest już jedynie dwa metry od niej.
Nie chcę ginąć, nie chcę…
Widzi doskonale jak marionetki wyciągają przypasane przy ich boku miecze, wie że zaraz zostanie nimi przebita, wie że zaraz jej głowa potoczy się po bruku. Przyciśnięta do ściany czuje jak ściska się jej żołądek.
Jeśli mam zginąć… chcę zginąć na własnych zasadach
Już tylko metr dzieli ją i jej napastników, już słychać świst opadającego oręża.

Nagle z jej ust wyrywa się przeraźliwy krzyk, zrywa się z ziemi i wyrzuca dłonie przed siebie, jej szeroko otwarte oczy zalewa mrok i jeśli teraz na nie spojrzeć to można mieć wrażenie jakby spoglądało się w najgęstszą ciemność.
Na całym jej ciele pojawiają się lekko połyskujące czarne pręgi, jakby została nagle opleciona przez jakąś winorośl czy inną pnącą się pasożytniczą roślinę.
Mężczyźni o drapieżnych uśmiechach, teraz odtrąceni trzy metry do tyłu powoli zaczynają się podnosić z ziemi. Dziewczyna, otoczona przez czarną mgłę lewituje kilka centymetrów nad ziemią, jej głowa opuszczona jest w dół a szeroko otwarte oczy wbite w ziemię, w pewnej chwili gwałtownie rozłożyła je na boki kierując wnętrze swych dłoni ku ziemi.
- Vin la chemarea mea! înfățișați-vă să lupte în numele meu! Dat mari războinici timp de secole! Care și-au dat sufletul predecesorilor mei înfățișați-vă la chemarea mea! Lupta în numele meu, transformat dușmanii mei în praf!
Głos który wydobył się z ust dziewczyny zdawał się jakby jednocześnie mógł należeć do drobniej i niewinnej istotki, którą zdawała się być, i nie mógł. Dla kogoś kto znajdowałby się w pobliżu gdy rzucała to zaklęcie mogłoby to brzmieć jakby jeszcze jedna osoba wypowiadała te słowa razem z nią.
Dookoła, z każdym wypowiadanym słowem formują się najpierw czarne kształty a następnie istoty. Gdy marionetki stają już na nogi a kilka sekund później ruszają w jej stronę, po prawej i lewej stronie brązowowłosej stoją po dwa, wielkie, najeżone czarne wilki groźnie szczerzące szare kły. Sama młoda czarownica została zasłoniona przez wielką równie czarną co wilki postać wojownika, odzianego w zbroję płytową, dzierżącego wielki, dwuręczny, nieco wyszczerbiony miecz.
Przyzwani obrońcy nie rzucili się natychmiast na nacierających, zamiast tego przez kilka następnych chwil trwali w skupieniu, tuż przy swojej pani, czekając aż przeciwnik zbliży się jeszcze trochę. Czarny rycerz ustawił się tak by móc w każdej chwili ruszyć, poprawił chwyt na mieczu. Jeszcze chwila, jeszcze kilka sekund.
Czarownica opadła na ziemię, opuszczając ręce i stanęła na niej pewnie, kilka sprawnych i majestatycznych ruchów jej wątłych dłoni, kilka wypowiedzianych cicho słów a mgła dookoła niej zapulsowała i opadła na jej ramiona niczym płaszcz. Wokół jej lekko uniesionych rąk owinęło się kilka języków czarnego ognia, w zasnutych czernią zielonych oczach zatańczyła iskierka lekkiego szaleństwa, usta wykrzywiły się w grymasie zniesmaczenia i furii. Lekki gest dłoni wykonany jakby od niechcenia.
Jej obrońcy ruszyli ze swoich miejsc. W powietrzu rozległ się łoskot uderzającego siebie oręża.
Wilki rzuciły się z drapieżnym warkotem na czterech z sześciu inkwizytorów.
Wilk biegnący najdalej po prawej wyskoczył w locie zmieniając swoją postać, wysoki dobrze zbudowany, jak na elfa, wojownik z dwoma długimi sztyletami, sprawnie zablokował jednym z nich cios swojego przeciwnika a drugim dźgnął go pod żebra i przekręcił rozpłatując brzuch. Sprawnie obrócił się wyrywając sztylet i schodząc na lewo, w tym momencie jego przeciwnik został przywalony przez drugiego upadającego inkwizytora, który z kolei został przygnieciony przez innego mrocznego wilka właśnie rozszarpującego upadającemu gardło.
Gdy tylko dziewczyna miała okazję, cisnęła w znajdującego się najbardziej z tyłu inkwizytora, pozbawionego przeciwnika, kulą czarnego ognia. Tamten zaś szybkim ruchem wyciągnął coś z sakiewki i rzucił przed siebie. Raptownie czarny ogień rozprysł się w powietrzu, jego resztki, iskry i maleńkie płomyki, opadły na walczących, te które dotknęły inkwizytorów zostawiły wypalone dziury w ich ubraniach lub paskudne oparzenia na ich skórze, te które zaś opadły na mrocznych wojowników, sługi młodej czarownicy, nie wyrządziły im żadnej krzywdy.
Dziewczyna odskoczyła na prawo unikając świetlistego snopu który poleciał w jej stronę. Jeszcze raz, jednak na lewo, przetoczyło się obok niej dwóch walczących, czarny wojownik w płycie kopnął marionetką tak że ta uderzyła z potwornym łoskotem o pobliską ścianę lekko się w nią wbijając. Uchyliła się i zanurkowała dalej na lewo, jednak nie dostatecznie szybko, kolejny świetlisty promień musnął jej prawe ramię przypalając ubranie i powodując bolesne oparzenie. Przemknęła obok kolejnej pary walczących, przesuwając się w głąb kotłowiska.
Zamarła, szczęk miecza uderzającego o ciężki pancerz tuż przy jej głowie, właśnie jej wielki płytowy wojownik zasłonił ją przed ciosem który pozbawiłby ją ramienia. Potrząsnęła głową, przez całe jej ciało przebiegł chłód, nieprzyjemny dreszcz, zakręciło się jej w głowie i poczuła nudności, w tej chwil stało się jasne że musi zakończyć to jak najszybciej. Wiedziałą że nie da rady już dłużej utrzymywać tu swoich wojowników. Stojąc pośrodku tego chaosu znów wykrzyczała kilka niezrozumiałych słów.
- A lua foc pentru a arde!
Czarny płaszcz z mgły rozproszył się po czym otoczyła ją szczelnie chmura ciemności. Najpierw z ziemi wypłynęło więcej czarnej mgły, następnie pojawiły się pierwsze pełzające języczki czarnego ognia. Choć po środku płomienia który właśnie zaczynał trawić wszystko do koła była bezpieczna. Rozłożyła delikatnie ręce na boki i wywijając dłonie z szeroko rozcapierzonymi palcami uniosła je lekko do góry. Ogień przybrał na sile, łapczywiej trawiąc nie tylko jej przeciwników ale także okoliczne pozostałości domów, worek o który się potknęła, kości które leżały tu i ówdzie. Część ścian zaczynała się rozsypywać trawiona przez ogień. Gdy była już pewna że wszystko co jej zagrażało zostało spopielone przez demoniczne płomienie z jej ust wydobył się cichy szept, teraz już należący do niej i tylko do niej.
- Lasa colaps tăcere
Drżący, cichy i bardzo słaby, jednak ogień usłuchał słów tej która go wezwała, zniknął pozostawiając po sobie jedynie popioły.
Dookoła zapadła nocna ciemność, rozpraszana jedynie przez gwiazdy i słabe światło księżyca. Gwałtowny podmuch wiatru poruszył drzewami w oddali, wpadł do zaułka i zawirował zalegającymi w nim teraz popiołami. Dziewczyna zadrżała, otuliła się ramionami i zrobiła kilka niesamowicie chwiejnych kroków.
Nagle wrzasnęła przeszyta gwałtownym morderczym bólem, upadła na kolana wydzierając się po raz kolejny. Jej krzyki gdyby dotarły do czyichś uszów przywodziłby raczej nieludzkie zawodzenie potępionej duszy niż młodej kilkunastoletniej dziewczyny. Jej warkocz zsunął się po jej ramieniu i zawisł tuż obok jej głowy dotykając ziemi. Wszędzie tam gdzie wcześniej były czarne roślinne pręgi teraz były głębokie, sięgające niemal kości i obficie krwawiące paskudne rany. Zielonooka istotka, targana bólem upadła na bok zwinięta a dookoła niej zaczęła pojawiać się kałuża krwi, mieszająca się z popiołem i powoli przesiąkająca przez bruk by wsiąknąć w ziemię. Ostatkiem sił udało się jej jeszcze skierować wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu. Po jej policzku spłynęła krwawa łza, jej oddech stał się nierówny, z wysiłkiem odkaszlnęła i po jej brodzie i policzku spłynęła zmieszana ze śliną krew.
Kurczowo trzymając się ostatków świadomości walczy sama ze sobą by tylko nie zamknąć powiek jednak mimo tej walki jej świadomość zapada się w mrok.

Pod rozgwieżdżonym niebem, w pokrytym popiołami zaułku, w ciemnej kałuży własnej krwi zmieszanej z okolicznym brudem leży dziewczyna, jej warkocz przesiąknięty jest krwią, tak samo jak jej zniszczona czarna suknia która nabrała przez to jeszcze intensywniejszego odcienia czerni. Uciekała długo, lecz w końcu przestała. Kiedyś przybędzie tu ktoś inny i znajdzie tylko kolejny zalegający w tym wypalonym miejscu szkielet. Ten ktoś przyklęknie i delikatnie dotknie popękanej czaszki leżącej na bruku by spojrzeć w przeszłość, by zrozumieć co się stało. Dookoła zatańczy szara, gęsta mgła i zobaczy.
Zobaczy porzucenie. Mała kilkuletnia dziewczynka o kręconych lśniących w słońcu brązowych loczkach biega z kilkoma innymi dzieciakami dookoła wiejskiej chaty.
Będzie obserwować jak dwie postaci ubrane w grube podróżne płaszcze rozmawiają z jej ojcem podczas gdy mała beztrosko bawi się z rówieśnikami gdzieś na zewnątrz, kompletnie nie wiedząc co ją czeka, pogrążona w słodkiej dziecięcej ignorancji.
W pewnej chwili jej ojciec kiwnie twierdząco głową i wskaże w stronę drzwi. Zawoła dziewczynkę, a ta z ogromnym uśmiechem na twarzy przybiegnie i wyciągnie przed siebie ręce namawiając ojca by ją podniósł. Zamiast tego jednak mężczyzna spojrzy na nią i przykucnie. Będzie usiłował jej coś wytłumaczyć, ona jedynie spojrzy z dziecięcym brakiem zrozumienia. Nagle jeden z zakapturzonych mężczyzn straci cierpliwość, gwałtownie podniesie dziewczynkę i mocno ją trzymając odejdzie. Jej ociec nie zrobi nic, będzie się jedynie przyglądał jak jego jedyna córka zostaje mu odebrana, już nigdy jej nie spotka.

Następny obraz będzie już o wiele mroczniejszy. Ciemność, stęchlizna i brak powietrza. Dźwięk, skrzypienie drzwi, ciężkie kroki kogoś schodzącego po kamiennych schodach. Gwałtowne otwarcie się wieka skrzyni. Wysoki barczysty mężczyzna o przystrzyżonej brodzie wpatruje się wypełnionymi nienawiścią brązowymi oczyma w dziewczynkę która leży związana w skrzyni.
- Przemyślałaś już swój stosunek do nauki?
Zapyta jej szyderczym głosem gwałtownie szarpiąc za jej długie, poplątane w kołtuny brudne włosy. Po jej policzkach popłynie kilka łez i jeszcze klęcząc w skrzyni kiwnie twierdząco głową. Mężczyzna rozetnie jej więzy i wyciągnie ze skrzyni, popychając wyprowadzi ze śmierdzącej piwnicy. Dziewczyna, ze spuszczoną głową, lekko utykając przejdzie przez placyk i wejdzie do drewnianego baraku naprzeciwko. Tam pośpieszana przez starą, pomarszczoną kobietę w czarnej sukni doprowadzi się do porządku w zimnej balii. Później ta sama kobieta zaprowadzi ją na powrót do tego samego budynku z którego piwnicy niedawno wyszła. Tym razem jednak w górę po kamiennych schodach do jednej z dużych sal. Teraz wyglądając już nieco przyzwoiciej, z czystymi teraz włosami związanymi w warkocz stanie z tyłu grupy zgromadzonych tam innych dzieci, chłopców i dziewczynek. Stary mężczyzna stojący przed zgromadzoną grupą będzie coś tłumaczył, mówił o rzucaniu uroków, kontrolowaniu otaczającego świata za pomocą magii, będzie mówił o przekleństwach i o tym jak je przywoływać. Gdy skończy wywoła zielonooką na środek pomieszczenia i postawi przed nią klatkę z kotem a potem każe jej zrobić jedną rzecz, zabić go. Dziewczynka cofnie się, nie zrobi tego, będzie próbowała uciekać ale drogę zastąpią jej inne dzieci. Rozwścieczony nauczyciel wykrzyknie kilka słów wykona jeden gest a ta padnie bez ruchu lecz świadoma wszystkiego co dzieje się dookoła niej. Mężczyzna stanie nad nią i przepełnionym żałością i prawdziwym rozczarowaniem tonem wypowie jedno zdanie.
- Sama wybrałaś swój los, szkoda, naprawdę szkoda marnować taki talent.

Kolejne obrazy przepełnione będą krzykiem i bólem, twardy stół, niewyraźne urywki zaklęć, jakieś rytuały. Palący ogień trawiący wnętrzności, brak powietrza. Zapach krwi, krzyki, płacz, więzy. Inna piwnica, kolejna skrzynia, nie, klatka. Dni zlewające się w jedno, krzyki innych dzieci. I znowu, i jeszcze raz, i jeszcze raz.

Inny obraz, ta sama brązowowłosa młoda czarownica, obserwująca z bezpiecznej odległości płonące miasteczko. Ukryta tak by przebywający jeszcze w jego okolicy inkwizytorzy nie znaleźli jej od razu. Przepełniona poczuciem potęgi i po raz pierwszy od dawna wolna. Za chwilę wyruszy w drogę. Będzie podróżować przez lata, trzymać się na uboczu, wymykać się inkwizycji. Zawsze w pośpiechu, zawsze gdzieś pędząca ale w pewnym sensie wolna czy może jeszcze bardziej zniewolona.
W trakcie swych podróży spotka swego brata, przez pewien czas będą podróżować razem. To będą najszczęśliwsze dni w jej życiu. W końcu jednak i jego porzuci, nie chcąc ściągnąć na niego kłopotów, nie chcąc by jej piętno stało się i jego. Opuści go nocą. Pewnego dnia wróci do miasta z którego udało się jej uciec gdy zostało zaatakowane przez inkwizycję.
Potem będzie szaleńczo biec przez miasto lecz w końcu jej plecy uderzą o ścianę w ślepym zaułku.

W tej chwili wizja gwałtownie się urwie, postać równie gwałtownie zabierze dłoń. Może uroni kilka łez, może zabierze kości młodej czarownicy nie chcąc aby spoczywała w miejscu które przyniosło jej tyle cierpienia.
Ruiny miasta zobaczą jeszcze wiele walk, bitew, śmierci, krwawych polowań i cierpienia, zostanie ono zaklęte w jego murach. Czasami tylko pojawi się kolejna ciekawska postać która będzie kroczyć wśród ciszy i zadawać pytania. Gdzieś tam przebiegnie lis, przemknie wilcze stado a w miarę upływu dni i lat okoliczna natura pochłonie ruiny, zostanie tylko jakiś obrośnięty mchem kawałek starego muru i cisza.

Kategoria: