Wielki Klasztor

Dzień był to piękny, jak rzadko który. Nie dało się dostrzec ani jednej chmury na niebie, dzięki czemu Słońce mogło bez przeszkód ogrzewać całą krainę. Gdyby ktoś tylko mógł rzucić na okoliczne ziemie okiem z punktu widzenia tej świetlistej kuli, dostrzegłby jak piękny, a jednocześnie jak tajemniczy jest to kraj.

Aż po horyzont rozciągały się zapierające dech w piersiach widoki, olbrzymie knieje i bory, krystalicznie czyste rzeki i jeziora, polany na których spokojnie pasły się stada zwierząt. A hen daleko, niemal niewidoczne za wielkimi mgłami, wystawały najwyższe szczyty gór, onieśmielające każdego obserwatora swym boskim majestatem. A tymczasem przez jeden z tych gęstych lasów konno jechał pewien podróżnik. Kilka minut wcześniej zajechał do wioski, w której dobroczynni mieszkańcy wskazali mu dalszą drogę. Sam nie był pewien, co czuł. Ekscytację? Strach? Dumę? Pewnie wszystko po trochu. Oto zbliżał się do miejsca, o którym do tej pory słyszał tylko legendy. Osobiście został tam zaproszony przez jakiegoś ważnego jegomościa, który po prostu pewnego dnia pojawił się przed jego domem i oznajmił, że od dawna go obserwował. "Jesteś wyjątkowym człowiekiem, ze swoim potencjałem mógłbyś bardzo się przysłużyć naszej sprawie", rzekł. A potem zostawił list polecający i kazał niezwłocznie jechać na północ. Obiecał, że tam można odnaleźć swoje miejsce na świecie i sens życia w służbie zmiennokształtnego boga Arcanusa. I od tej pory, młody podróżnik był całkowicie pochłonięty tą wizją.

Gdy w końcu, po wielu godzinach wyjechał z lasu, jego oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Ujrzał sam Wielki Klasztor. Choć w pierwszej chwili niespecjalnie przypominał on Klasztor, a największe mury jakie w życiu widział przywodziły raczej na myśl fortecę nie do zdobycia. Już z tej perspektywy widać było potężne świątynie, wieże uniwersyteckie sięgające nieboskłonu i błyszczące w Słońcu kopuły. Zauważył, że po blankach przechadzali się gwardziści w jednorodnych, ciemnobłękitnych mundurach i lamowanych mosiądzem napierśnikach. Gdy jeden ze strażników pilnujących olbrzymiej bramy wjazdowej spostrzegł zbliżającego się młodzieńca, wyszedł mu naprzeciw.
- Coście za jeden? - spytał żołnierz, kładąc już na wszelki wypadek dłoń na rękojeści miecza.
- Ja... mam ten list... i, no, proszę... - z trudem wydukał z siebie przyjezdny. Strażnik spojrzał na zrulowaną kartkę papieru i odstąpił gdy tylko zauważył oficjalną, zakonną pieczęć.
- Ach, rozumiem. Możecie przejechać, panie.
Zaraz po przekroczeniu progu Klasztoru, oczom wędrowca ukazał się zewnętrzny pierścień zabudowań. Zewsząd dochodził stukot kowalskich młotów, tu i ówdzie spostrzegł przewijające się wozy karawan dostawczych. Gdzieś z oddali dobiegł go szczęk mieczy i wściekle rzucane komendy, a chwilę później zsynchronizowany tupot kilkunastu nóg. Mijając karczmę na pobliskim wniesieniu, usłyszał liczne wesołe okrzyki i rubaszne pieśni. Po drugiej stronie ulicy ktoś odmalowywał właśnie szyld nad zakładem garbarskim, a obok trwała zażarta, kilkuosobowa dyskusja na aktualne tematy polityczne. Kawałek dalej ktoś czyścił jednego z koni w miejscowej stajni. Dookoła kręcili się nie tylko Ludzie, ale też Elfy a nawet tajemnicze, człekokształtne jaszczury. Całe to miejsce aż tętniło życiem i w niczym nie przypominało jego wyobrażeń o nudnym zakonie pełnym wiecznie śmiertelnie poważnych mnichów, poświęcających życie na przepisywanie ksiąg lub zajmowanie się ogrodem. Na środku brukowanego dziedzińca ujrzał przepięknie zdobioną fontannę, w której strumienie wody mieniły się wszystkimi kolorami tęczy pod wpływem promieni słonecznych. Nie był to jednak koniec zwiedzania, a dopiero początek.

Gdy dotarł do kolejnego pierścienia umocnień, znów musiał pokazać posiadany dokument. Jako, iż najwyraźniej nie wszyscy mieli wstęp do środka, najpierw trzeba było zaczekać, aż kołowroty otworzą potężną, okutą żelazem bramę. Niestety, musiał zostawić konia, więc dalej ruszył pieszo. Wnętrze bardziej przypominało już typowy Klasztor. Było tam zdecydowanie mniej ludzi, większość w błyszczących pancerzach i z błękitnymi płaszczami na ramionach. Gdzieniegdzie na wietrze powiewały biało-niebieskie chorągwie. Gdzie by nie spojrzał w oczy rzucały mu się piękne budynki, rzeźby i posągi, witraże w szerokich oknach oraz iglice tak wysokie, iż zdawało się, że sięgają firmamentu niebieskiego. Po lewej dojrzał kaplicę, w której kilku magów odprawiało rytuał, prawdopodobnie ku czci zmiennokształtnego Arcanusa.
- Niech będzie pozdrowiony Pan o Wielu Twarzach, niech będzie sławiony Architekt Losu, Tkacz Przeznaczenia, Przewodnik Wiekuisty. - wyśpiewywali ustawieni obok, w dwóch rzędach kapłani z kapturami zasłaniającymi twarze - On w przyrodzie. On w człowieku. On w magii. On wszędzie, on nigdzie. On wszystkim, on niczym. Zjednoczony w różnorodności, różnorodny w jedności.
Po prawej znajdowała się wspaniała biblioteka, wysoka na kilka pięter. Z tego, co zdołał dojrzeć przez uchylone drzwi, znajdowały się tam półki wypełnione co najmniej tysiącami ksiąg i zwojów. Natomiast w samym centrum tego miejsca znajdował się największy ze wszystkich budynek, przypominający najbardziej wytworne pałace możnowładców. Szerokie kolumny podpierające dach pokryty zachwycającymi kunsztem freskami, lśniące marmurowe schody i powiewające na wietrze błękitne proporce. Gdy już chciał wejść na schody prowadzące do środka i dotknąć pozłacanej poręczy, usłyszał, że ktoś za nim biegnie. I co gorsza, ten ktoś chyba wyciągał już miecz.
- Stać! - krzyknął strażnik, rzeczywiście trzymający już ostrze w dłoni - Nie wiesz, że do siedziby Kapituły Wielkiego Klasztoru wolno wchodzić tylko zakonnym dostojnikom? Kim jesteś? Skąd się tu wziąłeś?
- Mam ten list... - i po raz kolejny, jedno spojrzenie na pieczęć wystarczyło, by wszystkie podejrzenia zniknęły.
- Ach. Wybaczcie mi, panie, nie wiedziałem, że jesteście nowicjuszem. I... wasza łaskawość! - strażnik schował broń i pochylił delikatnie głowę. Jednak nie robił tego przed świeżo przybyłym młodzieńcem, a przed osobą, która bezgłośnie pojawiła się za jego plecami.
- No proszę, już myślałem, że się zgubiłeś po drodze. - był to ten sam człowiek, od którego wcześniej dostał list polecający. Tym razem jednak nie w ciemnym płaszczu z kapturem na głowie, a w bogato zdobionym, pozłacanym pancerzu, który niemal oślepiał odbijając światło słoneczne. - Pewnie już zauważyłeś, że to nie jest taki stereotypowy Klasztor. Jeśli naprawdę zechcesz do nas dołączyć, nie musisz spędzać całego żywota jako mnich nad jakimś zakurzonym woluminem. Kto wie, może zostaniesz silnym wojownikiem, potężny magiem, zręcznym kupcem albo wielkim uczonym? Tak czy inaczej, będzie to twój nowy dom. Zakon stanie się twoją rodziną. Nie jesteśmy bezmyślnymi barbarzyńcami, oddanymi służbie dla krwiożerczego bóstwa ani fanatykami modlącymi się do ogniska. O nie, nasza wiara i nasza misja ma cel, ma sens. Lepsze jutro nie tylko tej krainy, ale całego świata. Pozostałe, ignoranckie mocarstwa toczą swoje śmieszne spory w imię swoich trywialnych patronów, ale my jesteśmy ponad to. Walka na chwałę Klasztoru i wszechmocnego Arcanusa, Boga o Wielu Twarzach, jest nie tylko chwalebna i słuszna, ale też najzwyczajniej w świecie satysfakcjonująca i opłacalna. To jak będzie? Chcesz spróbować i zyskać szansę na wspaniałe życie, czy odejść teraz i do końca życia pluć sobie w twarz, że nawet się nie starałeś?